sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział 14



Justin
   Dokładnie półtorej godziny później siedzieliśmy na pokładzie samolotu pierwszej klasy na lotnisku w Los Angeles. Ledwo udało mi się zarezerwować ten lot – marudziłem, prosiłem, ale w końcu pomogło jedno: pieniądze. Jak zawsze.
   Nie zaproponowałem tej pani z melodyjnym głosem zbyt wielkiej sumy, gdyż nie byłem pewien czy zdążymy na samolot, ale ona i tak się zgodziła. Może miała dziesiątkę dzieci do wykarmienia i każdy grosz się dla niej liczył? Nie wiedziałem i za bardzo mnie to nie obchodziło.
   Gdy wreszcie kupiłem te bilety, były dokładnie dwie godziny do wylotu, a my byliśmy zdezorientowani i niespakowani. W dodatku byłem już przyzwyczajony do podróżowania z dziewczynami – grzebią się, pakują cały swój dobytek, malują, przebierają, układają włosy. Ot, mała wada kobiet, którą trzeba po prostu zaakceptować.
   Byłem właśnie w swoim pokoju i pakowałem się do granatowej walizki, bez której od ponad pięciu lat nie wyobrażałem sobie dłuższego wyjazdu z domu. Faza „musi nam się udać” powoli mijała, ustępując miejsca fazie „nawet się nie wysilaj, i tak nie zdążycie”. Nienawidziłem takich momentów. Wtedy najprościej było się załamać i poddać. Najgorszym wrogiem dążenia do celów są wątpliwości.
   Postarałem się więc z całej siły odsunąć od siebie demotywujące myśli. Całe swoją uwagę chciałem skupić na składaniu ubrań, zaćmić mózg pakowaniem się. Kiedyś wychodziło mi to dużo prościej. Teraz po trzydziestu sekundach bawełniane t-shirty w mojej głowie zamieniły się w krótki, czteroliterowy wyraz.
   Rose
   Jak niewiele czasem potrzeba, aby o wszystkim zapomnieć i zatopić się w jednym, wyraźnym obrazie. Jak niewiele czasem potrzeba, aby wszystko przestało się liczyć – wszystko, poza jednym.
   Zostawiłem ją samą, dałem dużą, beżową walizkę. Zostawiłem ją samą, powiedziałem wszystko, chociaż miałem zamiar nie mówić nic.
   - Tu chodzi o mnie, prawda? – spytała. – Więc powinnam wiedzieć.
   - Niewiedza jest czasem błogosławieństwem – zauważyłem.
   - Nie dla ciebie. Chciałbyś bardzo mi powiedzieć, co nie?
   Podeszła do mnie sprytnym sposobem, miała rację. Nie lubiłem dźwigać wszystkiego na swoich barkach, być za wszystko odpowiedzialnym. Więc jej powiedziałem całą, kurwa, prawdę.
   Widziałem jej wyraz twarzy, który tak nieporadnie starała się przede mną ukryć. Bała się. I to cholernie mocno. A w momentach strachu człowiekowi może przyjść do głowy dokładnie wszystko.
   Ale ja i tak zostawiłem ją samą w pokoju.
   Szybko odrzuciłem na bok ubrania i wybiegłem ze swojej sypialni. Drzwi do jej pokoju były otwarte, więc nie zatrzymując się wpadłem do środka.
   Odbiłem się od czegoś miękkiego, jasne włosy przeleciały mi przed oczami. Moje oczy szybko zarejestrowały Rose upadającą na podłogę, wymachującą we wszystkie strony rękami i w ostatniej chwili ją złapałem oraz postawiłem do pionu.
   - Przepraszam – wymamrotałem.
   - Justin, co ty wyprawiasz? – zaśmiała się. – Rozumiem: to twój dom i możesz sobie po nim latać tak szybko jak tylko ci się zechce, ale to robi się niebezpieczne!
   Gdy tylko zobaczyłem, że dopisuje jej świetny humor, cały Stach momentalnie zniknął, ustępując miejsca uldze. Uśmiechnąłem się.
   - Wiem, sorry. Po prostu bałem się o ciebie.
   Jej twarz straciła pogodny wyraz.
   - Ja też się boję… ale to właściwie po to wyjeżdżamy, prawda? Żeby strach zniknął.
   On nigdy nie zniknie.
   Zastanawiałem się czy jej to powiedzieć, czy wyjawić jej w to, że nigdzie nie jest bezpieczna; gdy spojrzałem w jej jasne oczy zrozumiałem jednak, że ona dobrze o tym wie. Udawała niewinność przed samą sobą.
   - Tak, po to wyjeżdżamy. Bo w Kalifornii na razie nie jest bezpiecznie – potwierdziłem. – Okej, wracaj do pakowania, bo nie zdążymy na samolot.
   - Właściwie to kiedy na mnie wpadłeś, właśnie miałam zamiar do ciebie pójść i powiedzieć ci, że jestem już gotowa. – Wskazała na zasuniętą walizkę leżącą obok łóżka. – Mogę wychodzić.
   Nie powiem, zaskoczyła mnie.
   - Okej, ja będę gotowy za pięć minut.
   - To może wezmę coś do jedzenia? – zaproponowała. – Jakiś prowiant na drogę.
   - W porządku, weź jakieś owoce czy coś – rzuciłem na odchodnym i wróciłem biegiem do pokoju.
   Gdy już siedziałem na pokładzie samolotu, ogarnęło mnie cudowne uczucie – świadomość, że udało się, zdążyliśmy i już nie musimy się nigdzie spieszyć.
   Ach, kocham to uczucie szczęścia z idealnej, trwającej tyle co mrugnięcie okiem chwili. A po tym mrugnięciu orientujesz się, że tak naprawdę nie masz powodu do świętowania.
   Kiedy tylko dostałem telefon od Nathana, posypały się moje całe nadzieje na to, że dadzą wreszcie Rose spokój. Byli sprytniejsi niż mi się wydawało – nie szukali jej używając nowoczesnej technologii, do której hakerzy Nathana mieli pełny wgląd. Wyciągnęli od kogoś informacje na jej temat… ale od kogo? To mógł być każdy. Charlie, Ryan, Chris…
   Dobrze, że nikomu nie zdradziłem skąd Rose się u mnie wzięła.
   Ta cała sytuacja nie dawała mi spokoju, nie pozwalała mi odetchnąć. Byłem pod wielką presją, czułem że ciężar odpowiedzialności na moich barkach powoli zaczyna mnie przygniatać.
   Ale było warto.
   Było warto dla Rose.
   Spojrzałem na nią. Włosy miała spięte luźno na karku, a pojedyncze, nieco krótsze kosmyki opadały jej na twarz. Brwi miała ściągnięte, a całą swoją uwagę poświęciła na chłonięciu słów czarnowłosej stewardessy, która tłumaczyła zasady bezpieczeństwa.
   - Boisz się? – spytałem.
   - Nie – skłamała.
   Zignorowałem to.
   - Gdy ja leciałem samolotem po raz pierwszy (to było jakieś dziesięć lat temu; leciałem z Ryanem do jego kolegi na Florydę”, to też udawałem, że cały ten lot obchodzi mnie tyle co jazda na lotnisko. A tak naprawdę panicznie się bałem.
   Uśmiechnęła się do mnie jak do dziecka.
   - Nie martw się, kiedy samolot wystartuje nie będę się drzeć…
   - Ejże, ja wcale nie krzyczałem!
   -… po prostu nigdy jeszcze nie latałam. Myślę, że każdy człowiek choć trochę boi się tego, czego nie zna. Każdy obawia się pierwszych razów.
   - Masz rację – potwierdziłem, przypominając sobie swój pierwszy seks. Zrobiłem to w wieku zaledwie piętnastu lat ze starszą koleżanką z osiedla, Daisy. Była jedną z tych „bardziej obcykanych w tych sprawach”, przez co byłem bardzo zestresowany, że okażę się gorszy od jej poprzednich chłopaków. Daisy oczywiście nie miała pojęcia, że byłem prawiczkiem i była święcie przekonana że ja też jestem już doświadczony . A skończyło się oczywiście na tym, że doszedłem po niecałych dwóch minutach. Do dziś pamiętam jak mi było wstyd, a słowa którymi mnie pożegnała mocno i nieodwracalnie wbiły się w umysł tego drobnego piętnastolatka, z jeszcze dziecięcym głosikiem, którym kiedyś zwykłem być. Stała oparta o framugę drzwi, z ciemnymi lokami opadającymi seksownie na jedną stronę oraz lekko zsuniętą koszulką, odsłaniającą nieco zbyt wiele i powiedziała: to był najgorszy seks mojego życia. Jej cholernego, siedemnastoletniego życia.
   Dopiero później zauważyłem, że ona też była w tym beznadziejna, chociaż to nie był jej pierwszy raz. Najgorsza dziewczyna z jaką kiedykolwiek spałem. Gdybym ją teraz spotkał, chętnie bym jej to wygarnął. Bardzo chętnie.
   Samolot zaczął jechać na pas startowy. Zestresowana Rose zacisnęła wargi i odgarnęła niesforne kosmyki włosów za ucho. Ścisnąłem mocno jej dłoń, aby dodać jej otuchy. Dziewczyna popatrzyła na mnie swymi jasnymi oczami i uśmiechnęła się delikatnie.
   W tym spojrzeniu można było się utopić.
   - Dziękuję – wyszeptała. – Za to, że jesteś.
   Nachyliłem się i pocałowałem ją w czoło.
   - Tu jest moje miejsce – powiedziałem.
   I w tym momencie coś do mnie dotarło.
   Gdy tylko zobaczyłem Rose po raz pierwszy, od razu mnie oczarowała. Swoimi oczami o niezidentyfikowanym kolorze, delikatnością i przede wszystkim swoim sposobem bycia. Zdawałem sobie sprawę, że ona nigdy ze mną nie będzie – w swoim życiu przeszła za dużą traumę, aby pakować się w związek. I właśnie gdy zacząłem oswajać się z myślą, że na zawsze pozostaniemy jedynie przyjaciółmi, ona poprosiła mnie o pocałunek.
   I wtedy wpadłem po uszy.
   Teraz, zaledwie dwie godziny po tym pocałunku, czułem się o wiele dojrzalszy – jakby dopiero teraz, w wieku 21 lat, moja psychika przekroczyła granicę dzieciństwa i dorosłości. Czułem się niezwykle mocny, pewny i odpowiedzialny. Odpowiedzialny za Rose.
   Kiedy postanowiłem, że będę próbował zniszczyć tych ludzi, którzy ją wykorzystywali w pojedynkę (czyt. za pomocą ludzi Nathana), myślałem że jest to czyn bohaterski. Dopiero teraz zauważyłem, że decydując się na to byłem tak naprawdę tchórzem. Pierdoloną ciotą.
   Rose nigdy nie będzie bezpieczna, jeśli będzie chroniona tylko przez nielegalną grupę ludzi. Wprawdzie bardzo wykwalifikowaną i doświadczoną grupę ludzi, jednak z ograniczonymi możliwościami.
   Po drugie, jeśli to tak dalej pójdzie, Rose nie może być wciąż nieobecna w życiu społecznym – jak sama zadecydowała, na Alasce pójdzie do szkoły. A co, jeżeli jakiś kolega z klasy chociażby z czystego przypadku wpisałby „Rose Madison” w Google? Nie uwierzyłbym, gdyby nie wyskoczyły propozycje artykułów o zaginionej siedem lat temu dziewczynce. Potem pewnie dowiedziałaby się policja i zaczęłaby węszyć, zadawać pytania typu: Czemu nie powiadomiłaś nas o tej agencji, w której byłaś więziona? Dlaczego mieszkasz u tego pana, a nie u siostry? Czy on cię… (w tym momencie ściszaliby pewnie głos, szukając odpowiedniego słowa) hm… wykorzystuje?
   Teraz na te pytania łatwo by było odpowiedzieć, bo od jej uratowania minęło zaledwie pół miesiąca.
   -Och, panie władzo, powiadamiam policję dopiero teraz o odnalezieniu Rose Madison, bo bałem się z początku komukolwiek o tym powiedzieć… Ona też nie chciała tego zgłaszać, obawiała się że przez to się zemszczą. Oni są sprytni, wie pan. Mogliby ją łatwo odnaleźć. Nie potrafiliśmy jednak usiedzieć zbyt długo w milczeniu, bo gdy tylko myśleliśmy o tych innych wykorzystywanych dziewczynach, czuliśmy wielkie poczucie winy, że nic z tym nie robimy. Ach, pyta się pan o to, czemu Rose mieszka u mnie? Boimy się, że jeśli mieszkałaby u siostry, szybko by ją namierzono.
   Uśmiechnąłem się na myśl o tych niewinnych kłamstwach, które pewnie powiedziałbym policji. To nie mogło się nie udać. Dlaczego więc jeszcze nie zgłosiłem tej sprawy? Usprawiedliwiałem to przed samym sobą tym, że robię to ze względu na bezpieczeństwo Rose.
   Pff… Gówno prawda.
   Gdyby sprawą zajęła się policja, dziewczyna byłaby bezpieczniejsza niż kiedykolwiek. Powód mojego milczenia był dużo mniej altruistyczny – martwiłem się o własne dupsko i dopiero teraz sobie to uświadomiłem.
   Policja zadawałaby mnóstwo pytań i tylko kwestią czasu byłoby odkrycie osoby Dana Rodricka – faceta, którym jestem gdy tylko nie chcę zostać rozpoznany. I nie chodziło tutaj o spokojny wyjazd na wakacje. Dan Rodrick i policja – to nie mogło się dobrze skończyć.
   Gdy samolot zaczął się rozpędzać, Rose mocniej ścisnęła moją dłoń. Potrzebowała mnie – tak samo, jak ja potrzebowałem jej. Miałem rację. Tu było moje miejsce na ziemi.
   I w tym momencie uświadomiłem sobie, że ona zasługuje na coś więcej. Na coś, na co czekała przez ostatnie siedem, długich lat – na bezpieczeństwo. Nie pozwolę durnemu Danowi Rodrickowi stać na drodze do jej szczęścia.
   Niech mnie wsadzą. Niech robią ze mną co im się żywnie podoba.
   Tak długo, jak Rose będzie bezpieczna.

***
Hej!
Tak wiem, w tekście pojawił się błąd merytoryczny: Rose nie ma dokumentów, więc jakim cudem mogła lecieć samolotem? Musicie mi to jednak wybaczyć, bo ten lot był dla mnie zbyt ważny, aby zamienić go na cokolwiek innego :(
To pierwszy rozdział pisany tylko i wyłącznie z perspektywy Justina. Co o nim sądzicie? Napiszcie w komentarzach!



  
  

czwartek, 14 kwietnia 2016

Info



Hej, przepraszam za długą nieobecność! Nie, nie zamierzam zakończyć bloga, po protu miałam strasznie zawalone sprawdzianami, kartkówkami i projektami w szkole, przez co nie miałam prawie czasu na pisanie. Na szczęście, kiedy już wszystko ogarnięte, mogę poświęcać blogowi więcej czasu i dodawać rozdziały :) Postaram się, aby taka sytuacja już się nie powtórzyła; kolejnego rozdziału możecie oczekiwać w weekend :P

sobota, 26 marca 2016

Rozdział 13



Rose
 Nie spałam już, ale nie byłam też do końca świadoma rzeczywistości. Leżałam, oddychając miarowo, będąc na skraju snu i przebudzenia.
    - I tak nic nie osiągniesz, więc daj spokój - usłyszałam nagle obok swojego prawego ucha i przekroczyłam granicę, otwierając gwałtownie oczy.
   Byłam w pokoju Justina, w jego łóżku. To pomieszczenie przypominało moją sypialnię, było jednak odrobinę większe i miało na jednej ze ścian dwie olbrzymie biblioteczki - Justin pochłaniał ogromne ilości książek. Na moje szczęście. Ja również uwielbiałam czytać, a tutaj książek nie brakowało. 
   Zegar na ścianie odmierzał leniwie kolejne sekundy. Spojrzałam na jego tarczę i odczytałam godzinę - 7:50. Było jeszcze wcześnie, ale promienie słoneczne wpadające do pokoju przez wielkie szyby całkowicie mnie rozbudziły.
   - Przecież ci już mówiłem, nie pytaj mnie o to więcej - wymamrotał Justin.
   Nie miałam pojęcia, że mówi przez sen. 
   Ciekawe, co mu się śni…
   Odwróciłam się w jego stronę. Spał na boku, zwrócony przodem do mnie. Włosy miał rozrzucone na wszystkie strony świata, a brwi zmarszczone w zdenerwowaniu. Z pewnością nie śnił o niczym przyjemnym.
   Nie potrafiłam oderwać wzroku od jego twarzy – od jego pełnych warg, długich rzęs i gęstych brwi… Zapragnęłam unieść dłoń i przejechać opuszkami palców po linii jego ust. Przesunęłam rękę w jego stronę, od jego twarzy dzieliło ją już tylko parę centymetrów.
   - Tak, myślę że możemy się tak umówić – zgodził się z kimś Justin, a jego wyraz twarzy momentalnie złagodniał.
   Co ty wyprawiasz?!
   Szybko się opanowałam i podniosłam gwałtownie na łóżku. Musiałam stąd jak najszybciej wyjść, aby nie wpadło mi do głowy nic gorszego. Wygładziłam pospiesznie prześcieradło po swojej stronie i wróciłam do swojego pokoju.
   Moje łóżko wyglądało dokładnie tak jak je zostawiłam – zmiętolone prześcieradło i porozwalane poduszki. Szybko doprowadziłam je do porządku.
   W pokoju było duszno, więc otworzyłam na oścież drzwi balkonowe. Do środka wlało się ciepłe, kalifornijskie powietrze, do którego zdążyłam już dawno przywyknąć. Nie potrafiłam wyobrazić sobie życia na Alasce, gdzie w najlepszym przypadku mogłoby być 15*C. Szczególnie, że jedziemy w góry na jakieś odludzie.
   Będzie mi bardzo brakować Kalifornii – ciepła, zapachu kwiatów, tego domu… Ale gdybym została, jeszcze bardziej od tego wszystkiego brakowałoby mi Justina.
   Weszłam do garderoby i szybko wybrałam strój – krótkie, czarne spodenki z wysokim stanem oraz luźny t-shirt bez rękawków. Włosy spięłam w luźny kok na czubku głowy, wsunęłam trampki na stopy i ruszyłam w stronę kuchni.
   Po drodze zatrzymałam się przy etażerce stojącej obok mojego łóżka i przejechałam opuszkami palców po jej czarno-białej okładce. Szepty Deana Koontza. Uwielbiałam horrory.
   Gdy byłam zamknięta w tej agencji, miałam trzy książki: Tajemniczy Ogród, Duchy Przeszłości  i To. Te dwie ostatnie czytałam zawsze, gdy byłam przerażona. Innym mogłoby wydawać się śmieszne, że czytam horrory kiedy się boję, ale mi to zawsze pomagało. Po chwili takiej lektury moje potencjalne zagrożenia wydawały się niczym w porównaniu do tych męczących bohaterów z książki. Uwielbiałam bać się rzeczy, które nie mogły mnie spotkać – zawsze w życiu brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, a najlepszym sposobem na stworzenie iluzji szczęścia było wmawianie sobie, że inni mają gorzej. A gdzie ludzie mają najgorzej? Oczywiście w horrorach.
   Chociaż teraz czułam się bezpieczna, miłość do nich pozostała (i najprawdopodobniej pozostanie do końca życia). Justin nie był specjalnym fanem tego gatunku literackiego, ale miał ich całkiem spory zbiór. Miałam szczęście że tutaj trafiłam – w tym domu zawsze miałam co czytać.
  
   Siedziałam na obszernym parapecie, przy otwartym oknie. Ciepłe powietrze ogrzewało moje odkryte nogi, a delikatny wietrzyk przyjemnie muskał po twarzy. Z głową opartą o framugę okna obserwowałam ptaki siedzące na niskim, ogrodowym drzewie.
   Wtedy usłyszałam kroki na schodach. Justin.
   - Hej! – przywitał się wesoło, gdy mnie zauważył.
   - Cześć. Sorry, że tak przyszłam do ciebie w nocy, jakbym miała jakieś pięć lat.
   Oderwałam wzrok od ptaków i zwróciłam twarz w stronę chłopaka, aby zobaczyć jego reakcję – wywrócił oczami oraz pokręcił głową z rozbawieniem.
   - Zaraz wypadniesz z tego okna – zauważył, nalewając sobie soku grejpfrutowego do szklanki.
   - Straszne – odparłam z sarkazmem. – Jeszcze się połamię na tych pięćdziesięciu centymetrach.
   Prychnął rozbawiony i upił łyk soku.
   - Z kim tak dyskutowałeś rano? – zapytałam ciekawa co mu się śniło.
   - Co? – zdziwił się.
   - Kłóciłeś się z kimś.
   - Kiedy? Przecież dopiero co wstałem.
   - Wcześniej, przez sen.
   Ukrył twarz w dłoniach.
   - Nie, nie…! - załamał się. – Co ja takiego powiedziałem?
   - Wspominałeś coś… ym… że nie zrobisz czegoś tam, nie zgodzisz się na to, czy coś takiego. Nie pamiętam dokładnie. Ale byłeś bardzo stanowczy – dodałam ze śmiechem.
   Justin wywrócił oczami.
   - Co ci się śniło? – spytałam.
   - Nie wiem, naprawdę… a nie, czekaj… chyba ktoś chciał ode mnie odkupić ten dom. Tak, chciał go odkupić, ja się nie zgadzałem.
   - W końcu się zgodziłeś.
   - Zgodziłem się go wynająć.
   Zaśmiałam się.
   - Robisz coś ważnego? – spytał po chwili.
   - Nie, mogę sobie posiedzieć na tym parapecie później, a co?
   - To znaczy siedź tam sobie, chodzi mi o to czy robisz coś ważnego… psychicznie.
   - Nie, nie robię nic ważnego. Ani psychicznie, ani fizycznie, ani duchowo – powiedziałam z uśmiechem i powrotnie skupiłam wzrok na ogrodzie.
   - Okej, więc…
   Wyjął z szuflady plik kartek i rzucił mi na kolana.
   - Strona 42 – wyszeptał, oddalając się na kilka metrów.
   - Ym… okej – odparłam i spojrzałam w dół – to był scenariusz, najprawdopodobniej do jego nowego filmu. Szybko znalazłam stronę 42, wygładziłam i położyłam na kolanach.
   - Zaczynaj – powiedziałam, uważnie go obserwując.
   Odetchnął, usiadł wygodnie na kanapie i przybrał obojętny wyraz twarzy. Świdrował mnie wzrokiem, co sprawiało że czułam się niezręcznie.
   - Będę się na ciebie patrzył, bo mi się podobasz – powiedział po chwili, nie odrywając ode mnie swojego spojrzenia.
   Zaczęłam się go bać. Nie wyglądał już jak mój Justin. Był zarozumiałym facetem, który nie znosi sprzeciwu i uwielbia uwodzić obce dziewczyny.
   Czyli zagrał idealnie.
   - Chciałbym, abyś była tu zawsze – dodał po chwili, jakby spontanicznie. Przekrzywił głowę i spojrzał mi w oczy.
   - Rose, scenariusz. Teraz ty – wyszeptał, nie zmieniając pozy i wyrazu twarzy.
   - Och – wydukałam i pospiesznie spojrzałam na plik kartek.
   Rick: Chciałbym, abyś była tu na zawsze.
   Jane: Jesteście tacy zmienni…
   - Jesteście tacy zmienni – przeczytałam wyraźnie.
   Mój talent aktorski nie był na wysokim poziomie i dobrze o tym wiedziałam. Nigdy nie potrafiłam dobrze kłamać, czy wkręcać ludzi na Prima Aprilis. Ale teraz, przy Justinie, czułam się jeszcze gorzej. On idealnie wczuł się w rolę, a ja nie potrafiłam nawet dobrze zaakcentować jednego zdania.
   - Wiem – powiedział Justin. – Ale… podoba mi się życie z tobą, wiesz? Myślę, że gdybyś została, mógłbym być szczęśliwy.
   - Jednak teraz pozwolisz mi odejść.
   Nie. Nie wierzyłam w to, że jestem taka słaba. To zdanie zabrzmiało jakbym powiedziała „Jednak kupiłam te bułki o które prosiłeś.”
   - Tak. A teraz obiecaj, że wrócisz w nocy.
   - Obiecuję. Zawsze będę do ciebie wracać.
   Justin zacisnął wargi, próbując powstrzymać śmiech. Wiedziałam, że w środku zbiera mu się jego wielka fala i to tylko kwestia czasu kiedy zacznie tarzać się po ziemi.
   Tak jak przewidziałam, po chwili wybuchnął śmiechem i spadł z kanapy, co spowodowało u niego jeszcze większy ubaw.
   Prychnęłam rozbawiona i odłożyłam scenariusz na stolik.
   - Co cię tak śmieszy? – spytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
   - A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Nie no, sorry, nie powinienem… ale nie mogę wytrzymać!
   - Czyżbyś miał jakieś zastrzeżenia do mojego wielkiego talentu aktorskiego?
   - Rose!
   - Tylko się pytam. Nie mam pojęcia, dlaczego wzięli Julię do tego filmu, a nie mnie. Przecież to jasne że zagrałabym to o wiele lepiej.
   - ROSE! – krzyknął i podkulił ze śmiechu kolana pod brodę.
   Patrząc na tę scenę nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem. Po chwili leżeliśmy obok siebie na dywanie – ja z bolącą przeponą, a on z zadyszką.
   - Grałaś kiedyś w jakimś przedstawieniu? – spytał po chwili, gdy już się trochę uspokoiliśmy.
   - Tak. W podstawówce grałam kiedyś drzewo.
   - DRZEWO?
   Znowu wybuchliśmy śmiechem.
   - To… to ja powiem reżyserowi… żeby cię wziął do naszego filmu… bo wiesz, akcja dzieje się w lesie – wymamrotał, rechocząc.
   - Myślę że możemy to sformalizować – stwierdziłam, odwracając twarz w jego stronę.
   I znowu to uczucie.  Jego oczy wpatrzone w moje, nasze usta tak blisko siebie. Potrzebowałam tej bliskości, potrzebowałam jego. Uważnie obserwował moją twarz swoimi karmelowymi, już całkiem poważnymi tęczówkami. Wszystko dookoła wydawało mi się takie nierealne, takie zamazane… czułam tylko jego zapach.
   - Justin…
   - Tak?
   - Pocałuj mnie – wyszeptałam.
   Chłopak wstrzymał oddech zdezorientowany, otworzył szerzej oczy, jakby nie do końca zrozumiał mojej prośby.
   Ja pierdolę… Idiotka. Jesteś najgłupszą osobą jaką znam, Rose.
   Zanim zdążył się poruszyć, zerwałam się z podłogi.
   - Przepraszam, zapomnij – wymamrotałam pospiesznie.
   Kurwa, o czym ty mówisz. Tego nie da się zapomnieć. Teraz już nic nie będzie jak wcześniej. Musisz się wyprowadzić.
   - Rose… - wyszeptał, siadając na dywanie.
   Ostatni raz na niego spojrzałam i szybkim krokiem ruszyłam do drzwi.
   - Rose!
   Justin zerwał się szybko z podłogi, dogonił mnie i chwycił za rękę.
   - Słuchaj…
   - Zostaw mnie, już i tak wszystko spieprzyłam – wymamrotałam, unikając jego wzroku.
   - Nie. Spójrz na mnie.
   Nie potrafiłam tego zrobić.
   - Justin, nie przejmuj się, wyprowadzę się do Melanie, nie będziesz…
   Prawie płakałam.
   - Nie będziesz…
   Nagle chwycił mnie za ramiona i odwrócił w swoją stronę. Poczułam jego wargi na swoich, tak ciepłe i miękkie jak je sobie wyobrażałam. Objęłam go zdezorientowana za szyję, nieśmiało oddając pocałunek.
   - Nigdzie się nie wyprowadzaj – wyszeptał w moje usta.
   Cała się w nim rozpłynęłam. Wyłączył mi się umysł, wszystko co do mnie docierało to słodki smak jego warg. Wplotłam palce w aksamitne włosy chłopaka, przejechałam językiem po jego górnej wardze. Justin objął mnie w talii i przycisnął jeszcze bliżej swojej piersi – tak, że teraz przylegałam do niego całym swoim ciałem. Zacisnęłam na nim mocniej swoje ramiona i pogłębiłam pocałunek.
   Pierwszy raz całowałam się w wieku 10 lat z moim chłopakiem, Dannym. Mimo, że bliżej było temu do zwykłego cmoknięcia niż do prawdziwego pocałunku, czułam się bardzo nieswojo i niezręcznie. Nie trzymaliśmy się nawet za ręce, po prostu musnął wtedy moje wargi i odsunął się. Zerwaliśmy tydzień później.
   Dlaczego teraz czułam się tak dobrze? Tak przyjemnie i bezpiecznie w jego ramionach, jakby właśnie tam było moje miejsce na świecie, którego szukałam przez całe życie. Chciałam trwać w tym pocałunku przez całą wieczność.
   I wtedy w kieszeni Justina zaczął wibrować telefon.
   Oderwałam się od niego niechętnie.
   - Odbierz, to może być ważne – powiedziałam.
   - Mam nadzieję że ważne, bo jeśli Ryan znowu chce pierdolić o niczym to nie ręczę za siebie.
   Odsunął się ode mnie tylko na tyle aby wyjąć telefon i spojrzał na ekran. Po jego wyrazie twarzy poznałam, że nie dzwoni Ryan. Lekko zdezorientowany nacisnął zieloną słuchawkę i przyłożył telefon do ucha.
   - Halo? – wymamrotał niepewnie, marszcząc brwi.
   Z każdą sekundą jego twarz stawała się coraz bardziej spięta.
   - Przecież… - zaczął zdenerwowany, jednak przerwano mu. – Nie… Ugh… Nie, posłuchaj mnie… DAJ MI DOJŚĆ DO SŁOWA, CHOLERA! Dziękuję. Gdzie oni są? Tylko to mnie interesuje.
   Zmarszczyłam brwi.
   Z kim on rozmawia?
   - Nie, przecież mieliście ich mieć na oku!... Jak to nie spra… Więc c… Czy ty sugerujesz że…
   Przeklął pod nosem.
   - Oni się tu nie dostaną. Nie wpuszczę ich.
   Wytrzeszczył oczy.
   - CO? – wykrzyknął. – Dobrze, zrób to co musisz.
   Rozłączył się.
   - Justin, co się stało? – spytałam niepewnie.
   - Rose… - zacisnął wargi i dotknął delikatnie mojej twarzy. – Musimy stąd wyjechać. Natychmiast.

***
Hej!
Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału. Niestety kiedy go napisałam, cały się usunął (no dobra, ja go usunęłam przez swoją głupotę :P) i musiałam go pisać od początku, na co nie miałam za bardzo ochoty. Ten rozdział jest wyjątkowy - zawiera pierwszy pocałunek Rose i Justina, a ja chciałam, aby ta scena była idealna i nie mogłam napisać jej tak o, od niechcenia.
Mam nadzieję że ta scena mi wyszła chociaż w małym stopniu tak, jak ją sobie planowałam, ja jestem z niej nawet zadowolona. Napiszcie w komentarzach co o niej sądzicie!