czwartek, 25 lutego 2016

Rozdział 8

Rose
   Minęły już dwa tygodnie, odkąd zamieszkałam u Justina. Dwa, cudowne tygodnie. Nikt wreszcie mnie nie wykorzystywał, nikt nie robił niczego wbrew mojej woli.
   W przyszłym tygodniu mieliśmy wyjechać na Alaskę, gdzie Justin będzie miał zdjęcia do nowego filmu. Na razie nie ma więc do roboty nic poza uczeniem się tekstu, przez co spędzamy razem prawie całe dnie. Dzięki niemu znów po siedmiu latach nauczyłam się śmiać. Kocham go. Nigdy nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego przyjaciela.
   Wyjęłam z kieszeni swojego iPhona i sprawdziłam godzinę. 17.57. Zgodnie z zapewnieniami Justina, powinniśmy być na miejscu już za kilka minut. Tak, dostałam od niego telefon. Chłopak definitywnie nie potrafił znieść myśli, że pod jego nieobecność coś mi się stanie, a nie będę mogła się z nim skontaktować. Mówiłam mu, że komórka nie jest mi potrzebna do szczęścia, ale on czasami jest wkurwiająco uparty. Tak więc, koniec końców zgodziłam się na telefon pod warunkiem, że będzie on używany. Miałam nadzieję, że dotrze do niego iż nie potrzebna mi najbardziej wypasiona komórka dostępna na rynku i nie wyda na nią majątku. Justin potrafi być jednak bardzo przebiegły. Kupił sobie nowy telefon, a mi oddał swojego "starego" (kilkotygodniowego) iPhona. Uśmiechnęłam się, przypomniawszy sobie jego wyraz twarzy z jakim powiedział wtedy: "No co, przecież on jest używany".
   - To gdzieś tutaj - głos Justina przywrócił mnie do rzeczywistości. Auto zwolniło.
   Poczułam nową falę stresu, jednak nie dałam po sobie tego poznać. Wiedziałam, że on to robi dla mnie. Zupełnie wbrew mojej woli, ale jednak dla mnie.
   - Który numer? - spytałam.
   - 152.
   Zmarszczyłam brwi i wyjrzałam przez okno. Dzielnica, w której byliśmy nie różniła się niczym szczególnym od innych amerykańskich dzielnic - rzędy domków jednorodzinnych z charakterystyczną, białą elewacją. No, może jednym - gdzieś tutaj przebywały osoby, których nie widziałam od siedmiu lat. Moja rodzina.
  Przejeżdżałam wzrokiem po numerach domów. Serce mi przyspieszyło. Z każdą sekundą byliśmy bliżej.
   Czemu tak się stresujesz? Powinnaś być szczęśliwa.
   Powinnam. Jednak nie ważne, jak bardzo się się starałam, wciąż pragnęłam być jak najdalej stąd... albo po prostu w domu.
   To było nienormalne. Nazywałam domem posiadłość chłopaka, którego znam od dwóch tygodni, a nie dom w którym mieszka moja rodzina.
   Dom jest tam, gdzie ludzie których kochamy.
   Przecież kochałam swoją rodzinę. Jednak... dlaczego w takim razie nie chciałam jej widzieć? Może nie mogłam znieść myśli, że z tego burdelu uratował mnie obcy mężczyzna, a nie mój własny ojciec? Albo po prostu... przyzwyczaiłam się już do samotności.
   - 152 - przeczytałam, patrząc na nieduży domek. - To tutaj.
   Justin zaczerpnął gwałtownie powietrze. On też się stresował, jednak był ode mnie lepszy w udawaniu twardziela. Zaparkował i zwrócił twarz w moją stronę.
   - Hej, wszystko okej? - spytał, marszcząc brwi.
   - Tak - odpowiedziałam głosem totalnie zaprzeczającym moje słowa. Przełknęłam ślinę i powtórzyłam pewniej. - Oczywiście, że tak. Czemu ma być nie w porządku?
   Prychnęłam.
   - Cała się trzęsiesz - zauważył.
   O cholera.
   Spojrzałam na swoje dłonie. Rzeczywiście, mocno drgały. Postarałam się je uspokoić, jednak to nie było takie proste.
   - Czy ty...? - zaczął niepewnym głosem Justin.
   - Nie, nie, nie martw się - odpowiedziałam szybko, wiedząc co ma na myśli. - To nie przez narkotyki, tylko przez stres.
   - Może przyjedziemy tu kiedy indziej?
   Chciałam odpowiedzieć "tak". Już otworzyłam usta, wyobrażając sobie, jak wracamy do domu. W ostatniej chwili się jednak powstrzymałam. To przecież nic nie da - i tak prędzej czy później tu wrócimy, a ja wolałam mieć to już za sobą.
   - Nie. Jak już tu jesteśmy, to chodźmy. Przecież to tylko moja rodzina, nie? - zaśmiałam się nerwowo.
   - Będzie dobrze - szepnął, odgarniając z mojej twarzy kosmyki włosów.
   - Wiem - skłamałam.
   Przetrwałam uwięziona przez 7 lat, codziennie gwałcona i molestowana, a nie przetrwam jednego dnia u rodziny?
   Rozpięłam pasy i wygramoliłam się szybko z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwiczki. Postanowiłam nie myśleć o tym, co zaraz mnie czeka. Jeszcze zamknęłabym się z powrotem w samochodzie.
   Justin również wysiał i zamknął auto.
   - Tylko pamiętaj, że jeżeli zaproponują ci, abyś się do nich przeprowadziła...
   - Tak, wiem - przerwałam mu. Przypominał mi to już trzeci raz. - Wtedy mam powiedzieć, że mieszkam u ciebie.
   - No! - mruknął tonem "grzeczna dziewczynka" i uśmiechnął się zadowolony. Popchnął mnie delikatnie do przodu. - Idziemy?
   - Idziemy - przytaknęłam i ruszyłam do przodu. Otworzyłam furtkę i przytrzymałam ją dla Justina. Śledziłam go wzrokiem, kiedy zamykał ją delikatnie. Wróciła na swoje miejsce z cichym zgrzytem, na który przeszły mnie ciarki.
   Teraz nie ma już odwrotu.
   Podeszliśmy do drzwi wejściowych. Z głośno bijącym sercem uniosłam rękę i nacisnęłam dzwonek.
   Wdech, wydech.
   Nerwowo przystępując z nogi na nogę odliczałam sekundy.Nikt nie podchodził do drzwi.
   Gdy doliczyłam do dziesięciu, stwierdziłam że nikogo nie ma w domu.
   - Nie ma ich - powiedziałam z poczuciem ulgi. Odwróciłam się i już miałam wracać do samochodu, kiedy zatrzymały mnie silne ręce Justina.
   - Ktoś idzie - szepnął.
   Wytężyłam słuch. Rzeczywiście. Usłyszałam ciężkie kroki wewnątrz domku. Stres powrócił. Odkręcany zamek, przekręcana gałka. Drzwi otwierające się na oścież. Dziewczyna, a raczej już młoda kobieta witająca nas ostrym wyrazem twarzy.
   Zmieniła się. Włosy z naturalnego, platynowego blondu przefarbowała na ciemny brąz, a rysy twarzy zgubiły swój dziecięcy wyraz i przybrały ostrzejsze rysy.  Jednak oczy wciąż były takie same. Duże, ciemnobrązowe i piękne.
   Melanie.
   Moja siostra.
   - Bieber?! Co ty tu do cholery robisz?! - syknęła wściekle, przewiercając Justina wzrokiem. Odwróciłam twarz w jego kierunku, szukając wyjaśnienia. Wyglądał, jakby doznał szoku.
   - No, po co tu przylazłeś? - prychnęła, krzyżując ręce na piersi.
   Chłopak nabrał powietrza i odchrząknął.
   - Przyprowadziłem ci kogoś - powiedział, kładąc rękę na moich plecach i popychając mnie delikatnie do przodu.
   Siostra spojrzała na mnie, mrużąc oczy.
   - Znamy się? - spytała, łamiąc moje serce na tysiące kawałków.
   Odebrało mi mowę. Spojrzałam błagalnie na Justina.
   - Tak, tak się składa że się znacie, ale siedem lat temu wasz kontakt się urwał - powiedział, a oczy Melanie zaczęły się rozjaśniać.
   - Jestem Rosanne - dopowiedziałam lekko zachrypniętym głosem. - Twoja siostra.
   Jej twarz natychmiast straciła zacięty wyraz. Otworzyła usta i ostrożnie dotknęła mojego ramienia, jakby sprawdzała czy jestem prawdziwa.
   - Rosanne? - wyszeptała, sunąc opuszkami palców po mojej szyi.
   - Ja - uśmiechnęłam się delikatnie.
   Wybuchła płaczem i przyciągnęła mnie do siebie. Ukryła twarz w moich jasnych włosach i mocno objęła mnie ramionami. Czułam, jak jej ciepłe łzy spływają po mojej szyi.
   - Gdzie ty byłaś? - wychlipała. - Tak za tobą tęskniłam! Tyle cię szukaliśmy... ja... ja myślałam, że cię już nigdy nie zobaczę, że nie żyjesz.
   Odsunęła się ode mnie. Przetarła mokre oczy i chwyciła mnie za rękę.
   - Ale ty się zmieniłaś - uśmiechnęła się przez łzy. - Nie jesteś już taka pucołowata jak kiedyś.
   Zaśmiała się cicho i odsunęła się od drzwi.
   - Wejdźcie, rozgośćcie się - powiedziała.
   Weszliśmy do domu. Będąc na zewnątrz nie spodziewałam się, że jest on tak duży. Z przedpokoju widziałam przestronny, elegancko urządzony salon i schody prowadzące na górę. Panował tu zupełnie inny wystrój niż w nowoczesnym domu Justina, przez co nie potrafiłam poczuć się tutaj jak u siebie. A właściwie... jak u Justina.
   Kiedy odwieszałam katanę na wieszak, zorientowałam się, co mi przypomina to wnętrze. Dokładnie tak, tylko w mniejszej wersji wyglądał kiedyś pokój Melanie. Więc... ten domek najprawdopodobniej należał do niej.
   Siostra zaprosiła nas do salonu i kazała nam usiąść, więc usiedliśmy z Justinem obok siebie na skórzanej kanapie.
   - Co chcecie do picia? Kawę, herbatę?
   - Um... w sumie to przyszliśmy tylko na chwilę, więc... - zaczął Justin.
   - Nie, musicie trochę zostać - uparła się Melanie. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie ją sprzed siedmiu lat. Zawsze przerywała mi w połowie zdania i uwielbiała żartobliwie wystawiać język.
   - Tak czy inaczej, siadaj, nie chcemy nic do picia - powiedziałam.
   Melanie usiadła na przeciwko nas, w fotelu. Spojrzała na mnie z wielkim uśmiechem, po czym posłała Justinowi groźne spojrzenie, którego chyba miałam nie zauważyć. Chłopak zacisnął wargi i założył ręce na piersi.
   - Więc, Rosanne, gdzie ty byłaś? Wiesz, jak się o ciebie martwiliśmy?
   - Em... - spojrzałam na Justina., przygryzając wargę. Nie uzgodniliśmy "oficjalnej wersji" mojego porwania, a tą prawdziwą nie mogłam i nie chciałam się dzielić. Chłopak otworzył usta, jak to zawsze robił gdy się nad czymś zastanawiał i nerwowo poprawił grzywkę.
   - Hm? - ponagliła mnie Melanie.
   Justin spojrzał na mnie wzrokiem "chciałbym pomóc, ale nie potrafię".
   - Ważne że jestem, nie? - zaśmiałam się nerwowo.
   - Chyba tak - potwierdziła siostra. - Ale... Rosanne, proszę, powiedz gdzie byłaś, co ci się stało.
   - Powinnaś wiedzieć tylko, że nie przebywałam tam ze swojej woli - odpowiedziałam wymijająco.
   Dziewczyna westchnęła.
   - Okej. A on - kiwnęła głową na Justina. - wie, prawda?
   - Tak - odpowiedziałam, zaciskając wargi.
   - No tak - westchnęła. - A skąd wy się tak w ogóle znacie?
   - Mogłabym cię spytać o to samo.
   Melanie zaśmiała się ponuro.
   - Ten chłopak - wskazała na Justina. - to najgorsza osoba jaką. Manipuluje ludźmi dookoła siebie, mami ich, udaje że mu na nich zależy, a potem...
   - Nie manipuluję ludźmi. Nie wciskaj jej tego kitu. Może i byłem nieodpowiedzialnym gnojkiem, ale nigdy nikim nie manipulowałem - przerwał jej cicho.
   - A co jej powiedziałeś wtedy, co? Jak ona na to zareagowała? Bo nie mów mi, że zgodziła się dobrowolnie!
   - Ej, dość! - krzyknęłam. - Czy ktoś może mi powiedzieć o co wam chodzi?
   Co takiego mógłby zrobić ten człowiek, który uratował mnie z tego nieszczęsnego miejsca, dając mi tyle, że nigdy nie śmiałabym nawet o to prosić?... 
   - Mieszkasz z nim? - spytała Melanie, zupełnie ignorując moje pytanie.
   - Tak, mieszkam z nim.
   - Oszalałaś?! On jest nieobliczalny!
   Może naprawdę jest seryjnym zabójcą?
   - Skończyłem z ćpaniem, okej?! - wybuchnął Justin. - Skończyłem z tym trzy lata temu, kiedy tylko... kiedy tylko...
   - No, wyrzuć to z siebie! - syknęła Melanie. - Kiedy co?!
   Daj spokój, to Justin. Znasz go. On NIE jest seryjnym zabójcą. Zwykłym zresztą też nie.
   Chłopak spuścił smętnie głowę.
   - Zostawmy ten temat w spokoju. Wiem. Rozumiem że jesteś na mnie wściekła, ja też sobie tego nigdy nie wybaczę, ale nie manipuluję ludźmi i nigdy tego nie robiłem - wymamrotał.
   - Okej, okej - westchnęła moja siostra. - Więc, Rosanne, nie chciałabyś się przeprowadzić do mnie? Mieszkam tylko z narzeczonym, a dom jest dość duży, pomieścimy się wszyscy. Mam jedną wolną sypialnię, możesz ją zająć.
   - Dziękuję za dobre chęci, ale mieszkam z Justinem - odpowiedziałam.
   - No... okej. Skoro chcesz u niego mieszkać...
   - Myślałam, że mieszkasz z rodzicami.
   - Oh, Rosanne! - zakryła usta dłonią. - No tak, ty o niczym nie wiesz. Nasi rodzice... Z mamą nie mam kontaktu od trzech lat. Pokłóciłyśmy się strasznie i wyjechała. Nawet nie mam pojęcia gdzie...
   Serce podeszło mi do gardła. Jak moja matka mogła coś takiego zrobić? Jak mogła opuścić swoją córkę?
   - A tata? - spytałam z bijącym sercem.
   - On... On kilka dni po tym, jak zaginęłaś... wiedział, że to wszystko przez niego. Załamał się... i on... on popełnił samobójstwo, Rosanne.

***
Ten rozdział jest zdecydowanie dłuższy niż poprzednie i mam nadzieję, że uda mi się zachować taką długość. Jak myślicie, za co Melanie tak bardzo nienawidzi Justina? Napiszcie w komentarzach! Kolejny rozdział w poniedziałek!

niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 7

WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM 
   - Wow, masz talent.
   Rose otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Była na dworze.
   No tak, musiałam przysnąć w trakcie rysowania.
   - To jest piękne.
   Podniosła wzrok do góry i ujrzała nad sobą Justina trzymającego w ręce jakąś kartkę. Chwila... to nie była jakaś tam kartka, ale jej szkic.
   - Hej, oddaj - mruknęła. Wstała i otrzepała się, po czym spróbowała mu wyrwać rysunek.
   - Spokojnie, bo podrzesz - powiedział, unosząc kartkę do góry poza zasięg Rose, wciąż się wpatrując w jej rysunek. Dziewczyna przeklinała w myślach swój niski wzrost. - Masz talent, dziewczyno. Ten rysunek wygląda jak zdjęcie. To morze... ono tutaj płynie. Kiedy ostatnio byłaś nad morzem?
   - Mieszkałam nad oceanem, często chodziłam z siostrą na plażę - odpowiedziała, próbując dosięgnąć kartki.
   - Nie byłaś nad morzem od siedmiu lat, a potrafisz je tak idealnie odwzorować? Te spienione fale, sposób w jaki rozbijają się o skały... I ta kobieta...
   Co? Podnieca cię?
   - Miałaś jak rysować przez te siedem lat?
   - Podczas tych siedmiu lat rysowałam tylko przez kilka tygodni. Znalazłam ołówek i szkicowałam na ścianie - wzruszyła ramionami. - Potem się skończył i przestałam rysować. Oddasz mi kartkę?
   Justin westchnął i zwrócił jej rysunek.
   - A... i sorry za przywłaszczenie sobie twojego ołówka - powiedziała Rose. 
   - Możesz go sobie zatrzymać, mi jest niepotrzebny. Hej, mam w domu kilka rys papieru, mogę ci je udostępnić. Przynajmniej nie będziesz musiała rysować na jakichś skrawkach.
   - Okej.
   - Chodź, pokażę ci gdzie są.
   Ruszyli w kierunku domu.
   - Justin?...
   - Tak?
   - Masz kota?
   Chłopak wybuchnął śmiechem.
   - Chyba oszalałaś. Nienawidzę kotów - spojrzał na nią, unosząc brwi. - A co, chciałabyś mieć kota?
   - Po pierwsze mam na nie uczulenie, po drugie nawet bez tego ich nie lubię, a po trzecie po domu ciągle błąka ci się jakiś kot.
   - Naprawdę?
   - Taki biały.
   - Aa, widziałem go kiedyś, ale przede mną uciekł. Pewnie wszedł jak brama była otwarta, a teraz nie może wyjść. Poproszę George'a, żeby go wygonił.
   - Która tak w ogóle godzina? - zapytała Rosanne.
   - Jakoś po trzynastej.
   Dziewczyna zmarszczyła brwi.
   - A nie miałeś przypadkiem wrócić wieczorem? 
   - Właśnie, muszę na ten temat z tobą porozmawiać.
   - Coś się stało? 
   Pierwsze co przyszło jej na myśl to to, że go zwolnili. Miała nadzieję, że to tylko przypuszczenia. 
   - Zaszły małe zmiany w scenariuszu. To znaczy... nie będziemy kręcić tutaj, w Kalifornii, tylko na Alasce.
   - Yhm...?
   - Więc muszę się przenieść chwilowo do Alaski. I chciałbym, żebyś pojechała ze mną.
   - Justin, ja naprawdę nie chcę się narzucać...
   - Boże, ty znowu o tym samym. Póki nie jesteś całkowicie bezpieczna, nie możesz zostać sama.
   - A kiedykolwiek będę całkowicie bezpieczna?
   - Tak. 
   - Kiedy?
   - Tak długo jak będziesz przy mnie - odrzekł tak cicho, że ledwo go usłyszała. 
   Rosanne poczuła przyjemne ciepło w brzuchu. Uśmiechnęła się delikatnie.
   Weszli do nowoczesnego gabinetu. Justin otworzył szafkę nad biurkiem i jej oczom ukazało się kilka rys papieru.
   - Zawsze jeśli będziesz potrzebować, możesz sobie wziąć tyle kartek ile będziesz chciała - powiedział.
   - Dziękuję.
   - Nie ma sprawy.
   - Justin... 
   - Hm?
   - Dlaczego tyle dla mnie robisz?
   - To chyba nie jest nielegalne - wzruszył ramionami.  
   - Legalne, ale zastanawiające.
   Chłopak zaśmiał się cicho.
   - Nie martw się, nie mam żadnych złych intencji.
   - Okej... wiem, że jesteś niegroźny - uśmiechnęła się słabo.
   Taaa... Chciałabym.
   - To dobrze.
   Rose podeszła do niego bliżej i zarzuciła mu ręce na szyję.
   - Dziękuję za wszystko.
   Chłopak objął ją delikatnie w talii i przyciągnął bliżej do siebie. Rosanne wtuliła twarz w jego ramię, rozkoszując się jego zapachem.
   - Przyzwyczajaj się - powiedział cicho.
   - Do czego?
   - Do tego, że robię wszystko, abyś była szczęśliwa.

   - Masz ochotę na pizzę?! - krzyknął Justin.
   Rosanne podniosła wzrok znad książki i zwróciła twarz w kierunku głosu.
   - Jasne! - odkrzyknęła.
   Chłopak wszedł do salonu ze wzrokiem utkwionym w ekranie swojego iPhona.
   - Z czym? - zapytał.
   - Em... Nie wiem, wszystko jedno. Ale chyba najbardziej mam ochotę na hawajską.
   - Okej, może być hawajska.
   Wyszedł z salonu i zadzwonił do pizzerii, a dziewczyna wróciła do czytania. Po chwili Justin wrócił do salonu i usiadł obok niej na kanapie.
   - O, czytasz Strzępy ze stali! Lubię tą książkę.
   - Fajna jest.
   - Wiem. Doszłaś już do tego, jak Joe umiera?
   Rosanne spojrzała na niego marszcząc brwi.
   - To on umrze?
   - Ups!
   Justin zrobił minę typu sorry-nie-wiedziałem-że-o-tym-nie-wiesz, jednak dziewczyna wiedziała, że zrobił to specjalnie.
   - No dziękuję - syknęła.
   - Hej, no nie wiedziałem...
   - Zrobiłeś to specjalnie.
   Justin otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak Rose szybko mu przerwała.
   - I nawet nie próbuj się wymigać.
   - Um... no dobrze, może to było w pewnym stopniu specjalnie. Sorry...?
   - Okej, wybaczam - zaśmiała się i powróciła do czytania, ale jedna myśl nie dawała jej spokoju. - A jak on umrze?
   - Serio, Rose? - prychnął Justin, po czym wybuchnął śmiechem.
   - No, ej, nie śmiej się ze mnie. Zacząłeś spojlerować to już dokończ.
   - Zostaje zamordowany. Na czym jesteś?
   - Na tym, że Joe i Laura idą na imprezę do jej siostry.
   - To już niedługo do tego dojdziesz.
   - A kto go zamorduje?
   - Rose... to się wyjaśni na końcu książki.
   - Uh... - prychnęła niezadowolona i powróciła do czytania, a Justin wyjął telefon.
   Po kilku stronach obraz zaczął jej się zamazywać. Próbowała to zignorować, ale po chwili doszedł do tego rozrywający ból głowy. Zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu.
   Co się kurwa dzieje!?
   - Rose? - poczuła dłoń Justina na swoim ramieniu. - Wszystko okej?
   - N-nie wiem.
   Otworzyła oczy, jednak prawie nic nie widziała. Zaczęły trząść jej się ręce, upuściła książkę na kanapę. Czuła, że jeszcze chwila w takim stanie, a umrze.
   - Rose!
   Justin zsunął się z kanapy i uklęknął przed nią, łapiąc ją za ręce.
   - Brałaś coś? - zapytał.
   W pierwszej chwili dziewczyna chciała na niego nawrzeszczeć, że myśli o niej jak o jakiejś ćpunce. Opanowała się jednak.
   On chce tylko pomóc.
   Pokręciła przecząco głową.
   - A jak cię porwali? Dawali ci coś?
   - Kurwa, Justin... - wyrwała dłonie z jego uścisku i przycisnęła do skroni, próbując pozbyć się bólu.
   - Rose, do cholery, to jest ważne!
   Wytężyła swój umysł. Przypomniało jej się, jak w wieku 15 lat przestała płakać po każdym kliencie, już się nie użalała nad swoim losem. To mogło być skutkiem narkotyków.
   - Możliwe. A-ale ja n-nie wiem, na-naprawdę.
   - Nie ruszaj się stąd.
   No kurwa bo ja akurat mam siły żeby wstać.
   Justin podniósł się z kolan i wybiegł z pomieszczenia.
   Zakręciło jej się w głowie. Błagała w myślach, aby to się wreszcie skończyło. Chciała umrzeć, chciała uciec od tego bólu. Cokolwiek. To rozszarpywało ją na kawałki.
   Justin wbiegł do pokoju ze szklaną wody. Zatrzymał się gwałtownie przed kanapą i zaklął pod nosem, kiedy część wody wylała się na jego ręce. Podał jej szklankę do rąk.
   - Napij się. Powinno być trochę lepiej.
   Gdy tylko usłyszała wyraz "lepiej", zaczęła pić. Zimna ciecz przyjemnie ją orzeźwiła, po chwili również przestały trząść jej się ręce, obraz stał się wyraźniejszy, a głowa zaczęła boleć znacznie mniej.
   - I jak się czujesz? - spytał Justin.
   - O wiele lepiej. Dziękuję. Nie wiedziałam, że w zwykłej wodzie kryje się tyle uzdrowicielskiej mocy.
   Chłopak zaśmiał się nerwowo.
   - Słuchaj... Czy jesteś pewna że podawali ci narkotyki?
   - Na początku strasznie przeżywałam to że zrobili ze mnie dziwkę, a potem nagle zaczęło mnie to wszystko mniej obchodzić, czułam się... nie wiem jak to powiedzieć - spojrzała w jego oczy, próbując znaleźć właściwe słowa, ale one tylko ją rozpraszały. - Em... mniej nieszczęśliwa. Jakbym się pogodziła ze swoim losem. I w sumie nie byłoby z tym nic dziwnego, że po paru latach się przyzwyczaiłam, ale to stało się z dnia na dzień. Wydaje mi się, że zaczęli mi coś dosypywać do picia. Tak... teraz wszystko zaczyna mi się układać w głowie. Kiedyś nikt mnie nie wynajął przez całe dwa tygodnie, chociaż zwykle wypożyczali mnie kilka razy dziennie. Wtedy czułam się źle i nie miałam pojęcia dlaczego. Pewnie wtedy mi nic nie mi nic, bo nie miałam facetów do obsłużenia.
   - Mówisz o tym z niesamowitą łatwością.
   - To już przeszłość - uśmiechnęła się słabo.
   - Rose... jeśli znowu zaczniesz się tak czuć a mnie nie będzie w domu, zawołaj George'a, on będzie wiedział co robić.
   - Naprawdę sama nie mogę sobie nalać wody? - mruknęła, na co Justin westchnął.
   - Kiedyś też brałem...
   - Ty?! - Rosanne zerwała się  gwałtownie z kanapy.
   - Taa. Miałem problemy i zacząłem ćpać. To było dość poważne, byłem na prochach praktycznie cały czas. W końcu Ryan namówił mnie na odwyk. Nie było łatwo, ale się udało. Od dwóch lat nie mam we krwi narkotyków - dokończył dumnie. - Więc proszę cię, zaufaj mi. Pomogę ci z tego wyjść, ale musisz mi pomóc: nie rób mi na przekór, nawet jeśli to co ci mówię wydaje ci się bez sensu.
   - Dobrze, tato.

***
Hej!
Wielu osobom lepiej się czyta, kiedy narracja jest pierwszoosobowa, a nie jak u mnie trzecio-. Dlatego zastanawiam się nad tym, czy nie przerzucić się na pisanie "oczami". Co o tym sądzicie? Wasza opinia jest dla mnie najważniejsza, więc wygłoście ją w komentarzach!


   
   
   

sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 6

Rose obudziły dźwięki fortepianu. 
   Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek - 2.52. 
   Kto do cholery gra o tej porze na fortepianie?! 
   W tym domu były jednak tylko dwie osoby: ona i Justin, więc sprawcy nie trzeba było długo szukać. 
   Dziewczyna wsłuchała się w melodię. Nie znała jej, spodobała jej się. Po kilku sekundach zorientowała się, że dźwięk instrumentu zagłusza inny, piękniejszy. To był głos. Głos Justina.
   Fortepian znajdował się w mniejszym salonie, który był dość daleko od pokoju Rose, przez co dźwięki były zagłuszane. Dziewczyna wstała pospiesznie z łóżka i jak najciszej ruszyła do salonu. Z każdym krokiem muzyka stawała się głośniejsza i już po chwili potrafiła rozróżnić śpiewane słowa. 
   Maybe you could be the light 
   That opens up my eyes
   Przyspieszyła. Drzwi do mniejszego salonu były otwarte, zajrzała przez nie do środka. Justin siedział odwrócony do niej tyłem, więc mogła wpatrywać się w niego bez przeszkód. Tak też zrobiła.
   Make all my wrongs right
   Change me, change me

   Jego głos był wspaniały. Taki czysty i taki... przepełniony uczuciami. Justin czuł to, o czym śpiewał.
   Don't fight fire with fire
   If I'm screaming, talk quieter
   Understanding and patience

   Nagle o nogi Rose coś się otarło. Wciągnęła gwałtownie powietrze.
   Feel the pain that I'm facing
   Spojrzała w dół i ujrzała białe, puchate stworzenie. To był kot.
   Be like Serenity
   Help me position my mind

   Miała na nie uczulenie. Poczuła, że zaraz kichnie. Nie, nie mogła się ujawnić.
   Take a chance
   Spróbowała odepchnąć kota stopą, na co ten miauknął przeraźliwie.
   Make a...
  Dłonie Justina nie trafiły we właściwe akordy. Zamilknął i odwrócił się gwałtownie. Kot umknął prędko w stronę kuchni. 
   Super, temu to się zawsze upiecze.
   Ich spojrzenia się spotkały. Chłopak uniósł brwi. Jego twarz wyrażała coś między zażenowaniem, a zaskoczeniem.
   - Przepraszam, obudziłem cię? - spytał z troską.
   - Nie przejmuj się. Pięknie śpiewasz.
   - Jestem aktorem, muszę umieć śpiewać - uśmiechnął się delikatnie. - Wiesz, czasami gram w musicalach. 
   - Co to za piosenka? Nie kojarzę jej.
   - Ach... no tak, bo nie jest znana - nerwowo przeczesał włosy.
   - Podoba mi się. Zaśpiewasz ją do końca?
   - Um... jeśli chcesz. Ale został mi tylko refren.
   - Może być refren.
   Justin ułożył palce na właściwych akordach i zaczął grać. Najpierw ostrożnie i delikatnie, jakby obawiał się pomyłki, potem coraz pewniej i mocniej. Po chwili zaczął śpiewać.
   Maybe you could change me
   Maybe you could change me
   Maybe you could be the light
   That opens up my eyes
   Make all my wrongs right
   Change me, change me
   
Wpatrywał się w klawisze fortepianu, myśląc nad czymś gorączkowo. Po chwili ponowił grę.
   Girl, I’m ready, if you’re ready, now
   Ooh, is it ever gonna be?
   If you’re with it, then I’m with it, now*

   Zagrał ostatnie akordy, po czym odetchnął głośno. Szczęśliwy.
   - Ta piosenka jest piękna. Szczególnie w twoim wykonaniu.
   Chłopak zaśmiał się cicho.
   - Dziękuję.
   Rosanne ziewnęła. 
   No tak, przecież jest środek nocy.
   - Mogłabym się o coś zapytać? 
   - Śmiało.
   - Em... dlaczego grasz na fortepianie o trzeciej w nocy?
   Justin uśmiechnął się. 
   Boże, jaki on ma uroczy uśmiech. 
   - Jutro (a właściwie dzisiaj) mam zdjęcia do takiej jednej sceny, w której strasznie dużo mówię, a kompletnie nie umiem tekstu. No więc miałem w planach się uczyć roli przez noc. Tylko że... um... zachciało mi się pośpiewać i jakoś tak wyszło.
   - Aha - Rose delikatnie się zaśmiała i ponownie ziewnęła. - To ja idę spać, a ty ucz się roli. Dobranoc.
  Odwróciła się tyłem i wyszła z salonu.
     - Dobranoc - usłyszała.
   Rosanne poczuła na plecach dreszcze. Ten ton głosu... coś takiego chciała słyszeć codziennie. Zatrzymała się i przymknęła powieki, powtarzając sobie ciągle w myślach 'dobranoc, dobranoc, dobranoc' tym samym,  rozmarzonym tonem. 
  Rose, co ty odkurwiasz?!
   Natychmiast się opamiętała. Odgarnęła włosy za uszy i wróciła do swojej sypialni. Weszła pod kołdrę i usnęła, nucąc wciąż change me, change me.
   Obudziła się chwilę po ósmej. Usiadła na łóżku i ujrzała leżącą na stoliczku nocnym kartę kredytową i kartkę. Podniosła ją i zaczęła czytać.
   
   Przesunęły się godziny zdjęć, więc jestem planie, wrócę wieczorem. Nie przejmuj się, pilnuje cię mój ochroniarz (nazywa się George). Jakbyś czegoś potrzebowała, wykorzystaj tą kartę kredytową, ale najlepiej wychodź z domu tylko z Georgem, nie jesteś jeszcze całkowicie bezpieczna. 
Justin
   
   Na dole był jeszcze dopisek 'KOD DO KARTY' ze strzałką nakazującą odwrócenie kartki, jednak Rosanne nie miała zamiaru korzystać z tej karty kredytowej. Wczoraj Charlie przyniosła jej nie tylko bardzo dużo drogo wyglądających ubrań, ale też nakupowała masę kosmetyków i innych przedmiotów potrzebnych dziewczynie. Nie było to dla niej tajemnicą, że za wszystko zapłacił Justin i najprawdopodobniej wydał na to majątek. Rose nie chciała go tak wykorzystywać. Schowała kartę kredytową do szuflady, obiecując sobie że gdy tylko Justin wróci z planu odda mu ją.
   Wstała i pościeliła łóżko. Poszła do garderoby i otworzyła szafę.
   Serio to są ubrania na trzy dni?
   Wywróciła oczami. 
   W sumie to tak, jeśli miałabym się przebierać cztery razy dziennie i nie zakładać dwa razy tego samego.
   Dodatkowo Charlie przyniosła jej nie tylko ubrania codziennego użytku, ale też kilka bardzo eleganckich i imprezowych kompletów. Rose wyjęła z szafy pierwszą lepszą bluzkę wyglądającą w miarę luźnie i dobrała do niej spodnie. Przyszedł czas na buty. Tych również dostała sporo. Starała się nie patrzeć na wysokie szpilki i wybrała wyglądające najwygodniej czarne vansy.
   Wyjęła jeszcze bieliznę i weszła do łazienki. Umyła się i ubrała w przyszykowany komplet. Rozczesała włosy i przejrzała się w lustrze. Wreszcie wyglądała naturalnie, nie musiała nakładać na siebie tony tapety. Kiedy otworzyła szafkę, zamierzając schować grzebień do środka i ujrzała masę kosmetyków nakupionych przez Charlie, zrobiło jej się trochę żal dziewczyny. Westchnęła i wyjęła mascarę. Przeciągnęła ją delikatnie po rzęsach i schowała do środka.
   Zeszła do kuchni i otworzyła lodówkę. Nie była zbyt dobrą kucharką - przez ostatnie siedem lat nie miała okazji do gotowania,  więc potrafiła tylko zrobić to, co nauczyła ją matka kiedy miała 10 lat. 
   Lodówka była pełna, więc mogła ugotować właściwie wszystko, co tylko przyszłoby jej do głowy. Nie chciała jednak rozsadzić Justinowi kuchni, więc postanowiła ugotować sobie jajko.
   Gdy postawiła wodę na gaz, zaczęła robić sobie kanapki. Wyjęła szynkę z lodówki i usłyszała za sobą ciche miauknięcie. Odwróciła się i ujrzała tego samego kota, który w nocy ją zdemaskował.
   - To znowu ty, mały? Co, chcesz jeść? To masz problem, spieprzaj stąd, dobrze? - powiedziała spokojnym głosem, nachylając się w jego kierunku. 
   Kot w odpowiedzi miauknął i podszedł bliżej.
   - Hej, nie zbliżaj się do mnie, mam uczulenie. Patrz, jaka ładna pogoda, wyjdź stąd. Jesteś kotem Justina? 
   Kolejne miauknięcie. 
   - Ha, nie oszukasz mnie... - zastanowiła się chwilę jak go nazwać. - ...Harry. Nie widziałam nigdzie twojej miski ani niczego innego, co by świadczyło o twojej obecności. Więc nie możesz być kotem Justina.
   Kot przekrzywił łepek w lewą stronę, jakby próbował  zrozumieć, co Rose do niego mówi. Po chwili chyba zrozumiał, że nie doczeka się niczego do jedzenia, więc miauknął zrezygnowany i wyszedł smętnym krokiem z pomieszczenia.

   Gdy już się najadła i posprzątała po śniadaniu,  zrozumiała że kompletnie nie ma co robić. Nie chciała siedzieć bezczynnie, gdyż za bardzo przypominało jej to o ... tamtych czasach. 
   W salonie znalazła biblioteczkę. Przeglądała chwilę znajdujące się tam książki i natrafiła na tytuł, który ją zaciekawił: "Strzępy ze stali". Wyjęła ją i przeczytała opis. Historia wydawała się nawet ciekawa, więc usiadła na kanapie i już miała otworzyć na pierwszej stronie, kiedy zauważyła na stoliczku kawowym mały, zielony ołówek. Krew uderzyła jej do głowy, serce zaczęło szybciej bić. Wspomnienia powróciły. Uwielbiała rysować, jednak od kiedy została porwana nie miała okazji. Kiedy miała piętnaście lat, jeden mężczyzna wynajął ją do domu. Po wszystkim wyszedł z sypialni, a ona zauważyła leżący na etażerce ołówek. Zabrała do stamtąd. W swoim pokoju w burdelu odsuwała szafę i rysowała na ścianie. Ołówek skończył się po kilku tygodniach, a ona miała za szafą całą ścianę w arcydziełach. Kochała rysować.
   Niewiele myśląc chwyciła ołówek ze stołu i odłożyła książkę na półkę. Pobiegła w podskokach do swojego pokoju i chwyciła kartkę, na której Justin zostawił jej wiadomość. Wyszła do ogrodu i usiadła pod drzewem opierając się o jego pień.
   Jak ja dawno nie byłam na dworze.
   Przymknęła powieki. Było bardzo ciepło, jednak nie gorąco. Wiał słaby wiatr, delikatnie rozwiewając jej włosy. Poczuła się szczęśliwa.
   Położyła kartkę na kolanie i zgięła ją tak, aby zakryć pismo Justina. Przycisnęła ołówek do papieru, myśląc o tym co narysować. Po kilku sekundach podjęła decyzję. 
   Zawsze w czasie rysowania popadała w trans. Nie docierało do niej nic z otoczenia, dookoła mogło się sypać i walić a ona i tak by nic nie zauważyła. Swoją całą uwagę skupiała na swoim rysunku, do którego zawsze wlewała całą swoją duszę. Tak było i teraz. Straciła poczucie czasu. Po prostu siedziała pod drzewem i szkicowała. Sprawiało jej to niesamowitą przyjemność. 
   Ledwo co zauważyła, gdy skończyła. Nie miała zamiaru się stąd ruszyć, więc wciąż tkwiła w tej samej pozycji, ze wzrokiem skupionym w oddali i plecami opartymi o szorstki pień drzewa.

***
Strasznie przepraszam za długą nieobecność, ale miałam zawalone w szkole. Obiecuję, że teraz rozdziałby będę wrzucać regularnie :) Ten rozdział jest dłuższy niż poprzednie i już postaram się zawsze pisać takiej długości.
Komentujcie!